Smutna ballada o braku i nadmiarze

Otwieram oczy. Wyłączam budzik, zanim zdąży zburzyć poranny spokój. Przewracam się na drugi bok. Wiem, że mąż jeszcze śpi. Słyszę jego pochrapywanie. W sypialni unosi się zapach strawionego alkoholu. Nienawidzę piwa. Jest obietnicą wieczornego seksu przepojonego zapachem potu i alkoholu. Jest też w piwie obietnica bólu. Tego ostatniego mogę uniknąć. Wystarczy, że położę się bezwładnie i nie będę zmuszała go do walki o to, co przecież się mu należy. I ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską… oraz seks, kiedy będziesz tylko chciał…

Ma strasznie szerokie plecy. Jest w nich siła, którą uwiódł mnie wiele lat temu. Plecy nadal są silne, moje pożądanie już nie. Wyciągam rękę i przesuwam palcami po jego skórze. Jest gruba niczym pancerz. Zastanawiam się często, co kryje się w środku. Czy gdzieś tam, głęboko, ukrył się Dominik, któremu powiedziałam tak? Chciałabym w to wierzyć. Od wielu lat próbuję przebić ten mur wyrosły między nami. Nie potrafię.

W pokoju Michała słyszę jakiś hałas. Pewnie wstał i zaraz usłyszę jego kroki. Jednak nic się nie dzieje. Oddycham z ulgą. Tak rzadko mam okazję poleżeć rano. Dominik jęczy przez sen. Znowu kładę dłoń na jego skórze. Jęk gaśnie, oddech wraca do normy. Ciekawe, co mu się śniło. Uciekając przed koszmarem, przewrócił się na drugi bok i teraz widzę jego twarz. Pod powiekami niespokojnie przesuwają się gałki oczne. Na policzkach lekki zarost. Z otwartych ust Dominika wydobywa się kwaskowaty odór. Nie mogę znieść tego zapachu, więc podejmuję decyzję, żeby jednak wstać. Siadam, opuszczam nogi. Na podłodze czekają kapcie, które mąż kupił mi na urodziny. Dostałam kapcie i ucieszyłam się jak wariatka. W końcu to pierwszy raz, kiedy nie wcisnął mi w pieniędzy. Pierwszy prezent, od kiedy za niego wyszłam. Wsuwam nogi w różowe futerko. Nie znoszę różowego, ale skąd Dominik miałby o tym wiedzieć. Aż dziwne, że pamiętał o urodzinach.

Schodzę do kuchni. Na stole i w zlewie piętrzą się brudne naczynia. Pozostałość po wizycie kolegów Dominika. Odkręcam wodę, zimny strumień zalewa naczynia. Musi minąć chwila, zanim woda osiągnie odpowiednią temperaturę. Wykorzystuję ten moment i przeglądam się w lusterku. Kolejny raz zaskakują mnie sińce pod oczami. Mam je od wielu miesięcy, ale wciąż do nich nie przywykłam. I pierwsze zmarszczki. Właściwie już nie pierwsze, tylko drugie, trzecie… Woda zrobiła się ciepła, więc odwracam wzrok od lusterka i zabieram się za sprzątanie. Sterta naczyń topnieje błyskawicznie. Nagle rozlega się rumor. Drzwi ustępują pod naporem i Michał wpada na korytarz, wydając z siebie dzikie wrzaski.  Ostrzegam, że obudzi Anię, ale nie słyszy. Biega wokół stołu, udając wodza Indian. Staję się bladą twarzą i siłą przerywam ten dziki taniec. Michał szarpie się, ale chwilowo jestem silniejsza. Ten pojedynek wygrywam. W kuchni zapada cisza. Żeby trwała jak najdłużej, wsypuję do miski pozostałe po imprezie chipsy i stawiam przed synem. Mam kilka minut spokoju. Przelatuje mi przez głowę myśl, że to niezdrowo, ale potrzeba ciszy zwycięża. Kończę myć naczynia i zabieram się za dalsze porządki. W połowie słyszę płacz Ani. Idę na piętro. Córka wita mnie wrzaskiem i domaga się natychmiastowego opuszczenia łóżeczka. Przewijam ją, uciszając. W duchu modlę się, żeby nie obudziła Dominika. Kiedy nie wyśpi się po imprezie, potrafi być naprawdę nieprzyjemny. Na szczęście z sypialni nie dobiega żaden głośniejszy dźwięk.

Schodzimy. Miękkie, pachnące ciałko wnosi w ten poranek odrobinę przyjemności. Siadam przy stole. Na chwilę zapominam o kurzu, okruchach i plamach na obrusie. Wciągam słodki zapach córki. Patrzę na nią z uśmiechem. Jej błękitne oczy urzekają naiwnością. Modlę się, żeby z czasem nabrały szarości i bardziej przypominały stal niż letnie niebo. Nie chcę, żeby moja ukochana córeczka musiała kiedykolwiek ustąpić pod naporem piwnych oparów. Mimo że w taki sposób została poczęta.

Sadzam córkę na foteliku, podaję zabawki. Kończę sprzątać kuchnię i wychodzę na taras. W kącie stoją butelki. Proszę Michała, żeby wyniósł je do kosza, ale jak zwykle odmawia. Czekolada załatwia sprawę. Butelki lądują w śmieciach, a czekolada w wiecznie rozwrzeszczanych ustach mojego syna. Po raz kolejny zauważam, że kiedy krzyczy, bardzo przypomina swojego ojca. Przesypuję pety do worka. Smród z popielniczek powoduje falę mdłości. Siadam na krześle. Czuję krople potu na czole. Od kilku miesięcy zdarza mi się to coraz częściej. Opieram ręce na stole. Jest lepki od rozlanego wczoraj piwa. Zbieram siły i wracam do sprzątania. Z pokoju dolatuje radosny głos Ani i złowieszczy dźwięk kreskówek Michała. Znowu ogląda bajki pełne przemocy. Chciałabym znaleźć w sobie siłę, wejść do pokoju i wyłączyć telewizor, ale wiem, że to bez sensu. Michał zrobi kolejną awanturę, obudzi Dominika. I niestety znajdzie w nim oparcie. Nie wpadam do pokoju, nie wyłączam telewizora. Odwracam się i zmywam ze stolika plamy po piwie.

Taras prawie posprzątany. Zostaje tylko uporządkować wiklinowy stoliczek w rogu. Podchodzę do niego, ale z pokoju rozlega się płacz Ani. Okazuje się, że w ferworze porządków zapomniałam o śniadaniu. Nadrabiam zaległości i po kilku minutach Michał pochłania kanapki z nutellą, a Ania ukochaną kaszkę malinową. Mam chwilę na wypicie kawy. Czuję przypływ energii. Wycieram umorusaną buzię córeczki, wysyłam syna do łazienki. Oczywiście, nie obywa się bez protestów, ale w końcu myje twarz w miarę dokładnie. Dostaje za to dwa złote na lody.

Wracam do sprzątania. Zostajemy z Anią same, bo Michał pognał do sklepu. Podchodzę do stoliczka na tarasie. Zgarniam brudne szklanki, kolejna porcja petów ląduje w worku. Na blacie zostaje tylko zapalniczka Dominika, a pod nią złożona karteczka. Pewnie jakiś rachunek. Rozkładam świstek i czytam. Energia wyparowuje w jednej chwili. Mam miękkie nogi. Siadam. „Adam wyjeżdża jutro. Będę sama. Czekam.” Znam to pismo. Kaśka jest naszą sąsiadką od paru miesięcy. Kilka razy dawała mi listę zakupów w ramach sąsiedzkiej przysługi. Adam, jej mąż, jeździ na kontrakty zagraniczne. Dzisiaj wybiera się do Paryża. Chwalił się w tamtym tygodniu. Podobno dlatego nie przyszedł wczoraj na imprezę. Za to wpadła Kaśka. Niby przypadkiem. Impreza miała być w męskim gonie, co przyjęłam z radością, bo wcale nie uśmiechało mi się siedzenie z pięcioma pijanymi facetami. Kaśka pokrzyżowała mi szyki.  Teraz już wiem, po co przyszła. Bała się zadzwonić, bo kiedyś przyznałam się, że sprawdzam Dominikowi komórkę. Ciekawe, kiedy wcisnęła mu ten liścik. Jestem wściekła. Mam ochotę wparować do sypialni i wywrzeszczeć mu prawdę. Coś mnie jednak powstrzymuje. Dobrze, wpadnę tam, urządzę piekło i co dalej? Wyprowadzę się… Gdzie? Z dwójką dzieci do rodziców? Może on się wyprowadzi? Zapomnij, idiotko. Ten dom jest jego dumą, przy każdej okazji podkreśla, że zapracował na niego ciężko. O jej wkładzie nie wspomina. Jakby nie ciągnęła półtora etatu i każdych wakacji nie marnowała, opiekując się bandą rozwrzeszczanych bachorów. Dom jest jego i nie opuści go aż do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg. Mogę zrobić awanturę Kaśce, ale jeśli Dominik się o tym dowie, nie daruje mi. Zamieni moje życie w piekło. Mam wrażenie, ze od znalezienia karteczki upłynęła cała epoka, ale tak naprawdę minęło kilka minut. Kilka minut, podczas których dokonuję wyboru. Składam karteczkę i razem z zapalniczką zanoszę na górę, a potem wkładam do kieszeni męża. Był wczoraj zbyt pijany, żeby pamiętać, gdzie ją zostawił. Potem wracam na dół. Uśmiech Ani przyjmuję jako znak, że dobrze zrobiłam.

Michał wraca do domu i oświadcza, że idzie do kolegi. Już dawno przestałam mieć wpływ na to, co robi mój syn, więc kiwam głową, udając, że się zgadzam. Ania na szczęście jeszcze nie chodzi i nie może wyfrunąć spod moich skrzydeł. Jest skazana na moje towarzystwo. Ale już za parę lat to się zmieni. Na razie jest obok, w swoim drewnianym krzesełku. Uśmiecha się radośnie do różowego króliczka, którego dostała od mojego brata.

Wywlekam z szafy odkurzacz. Zamykam drzwi na górę i zaczynam odkurzać salon. 35 metrów kwadratowych gustu mojego męża. Przyglądam się krytycznie. Pokój przypomina sklep ze starzyzną, ale jest chlubą Dominika. Urządził go, kiedy leżałam w szpitalu po urodzeniu Michała. Pamiętam dzień, kiedy wróciliśmy do domu. Byłam zmęczona, obolała, ale przez pół godziny musiałam podziwiać dzieło mojego męża. Modliłam się, żeby Michał się obudził, ale on uparcie spał. Za to pół godziny później urządził niezły koncert. Już wtedy trzymał sztamę z tatusiem. Z moim zdaniem właściwie się nie liczy, no, chyba że chce coś osiągnąć. Żeby wykonał najprostsze polecenie, muszę mu coś obiecać. Wyłączam odkurzacz i zaczynam wycierać kurz. Dominika zawsze irytuje ta kolejność. Wiem, że ma rację, ale czasem lubię zrobić mu na złość. Rzadko mam okazję i choć w taki sposób chcę poczuć, że o czymś decyduję. Pewnie to głupie, ale nie potrafię sobie odmówić. Na kominku stoją nasze zdjęcia. Najwięcej miejsca zajmuje ślubny portret. Patrzę na swój szeroki uśmiech i zastanawiam się, czy byłam wtedy szczęśliwa. Tak mi się wydawało. A już na pewno szczęśliwi byli moi rodzice. Dominik wyraźnie im imponował. Miał szerokie plany i wyglądał na faceta, który będzie mnie nosił na rękach. Emanowały z niego spokój i pewność siebie. A kiedy się uśmiechał, mama topniała jak lody waniliowe. Dla moich rodziców niewiele się zmieniło. Zięć nadal jest człowiekiem, na którym można polegać. Wybudował dom, posadził drzewo, spłodził syna. A że w pakiecie dorzucił zdradę i wyzwiska? Wszystko można przeżyć, kiedy nie trzeba się martwić, jak dotrwać do pierwszego. Moi rodzice zawsze staną po stronie Dominika. Przygryzam wargę do krwi. Dopiero słodki smak w ustach uświadamia mi, co zrobiłam. Odstawiam zdjęcie, wycieram pozostałe ramki. Michał uśmiecha się w stronę obiektywu. Tuż po urodzeniu był bardzo drobniutki. Kiedy Dominik brał go na ręce, mały znikał. Widziałam tylko białe skarpetki na stopkach. Jego stopy dawno przestały być małe, a po radosnym uśmiechu nie pozostał ślad. Najczęściej snuje się po domu naburmuszony i wścieka się przy byle okazji. Lustrzane odbicie tatusia. Pierwsze wakacje z Michałem. Ktoś obcy zrobił nam to zdjęcie. Wyglądamy na całkiem sympatyczną rodzinkę. Pozory. Ania zaraz po urodzeniu. Śmiesznie pomarszczona buzia. Michał i Ania w ogródku. Ania w łóżeczku. Dzieci z moimi rodzicami. Koniec. Krótka historia naszej rodziny. No i jeszcze jedna ramka. Pusta. Stoi tutaj, żebyśmy nigdy nie zapomnieli. Przypomina mi płacz Dominika i mój niewiarygodny spokój. Do dzisiaj nie wiem, skąd wzięłam tyle sił, żeby znaleźć słowa pocieszenia dla mojego męża. Stratę dziecka przeżyliśmy oboje. Osobno.

Została jeszcze łazienka, do której wkraczam uzbrojona w szmatę i mleczko czyszczące. Szoruję i wycieram z pasją. Cały czas wracam myślami do karteczki, choć tak naprawdę chciałabym zapomnieć o tym cholernym skrawku papieru. Chcę myśleć, że nic się nie stało. Nasza mała stabilizacja wydaje się warta takiego poświęcenia.

Kiedy parter jest już posprzątany, zabieram się za obiad. Zastanawiam się, na co Dominik może mieć ochotę. Będzie mieć kaca, to pewne. W takim razie rosół. Na drugie danie zrobię naleśniki. Przepadają za nimi obaj. Zabieram się za przygotowanie obiadu. Ania na szczęście zasnęła, Michał biega po ulicy. W rękach trzyma karabin. Kiedy był mały, chciałam go odizolować od militarnych zabawek, ale się nie udało. Co z tego, że nie miał ich w domu, jeśli były u kolegów, w przedszkolu. No i tatuś nalegał. Szybko zmieniłam zdanie. Może za szybko? Tak naprawdę poległam na wszystkich liniach frontu. Marzyłam o szczęśliwej rodzinie, w której panowałby wzajemny szacunek. Pal diabli z miłością! Chciałam tylko szacunku! Nawet tego nie dostałam. Kiedy tylko Dominik poczuł, że mu się nie wymknę, wyrzucił w kąt wszystkie zagrywki, którymi mnie zdobywał. Pewnie nadal tkwią w tym kącie, pokryte kurzem i pleśnią. A w drugim kącie moje nadzieje na szczęśliwą rodzinę. Patrząc na swoich rodziców, przysięgałam sobie, że u mnie na pewno tak nie będzie. No i proszę… Kiedy mój brat podnosił na mnie rękę, obiecywałam sobie, że znajdę obrońcę i że nigdy więcej tego nie zrobi. To akurat prawda. Kiedy związałam się z Dominikiem, stanął w mojej obronie i Paweł nigdy już nie podniósł na mnie ręki. Teraz to przywilej mojego męża.

Po kuchni rozchodzi się apetyczny zapach rosołu, w radiu rozlega się hejnał. Południe. Na górze Dominik zaczyna w końcu dawać oznaki życia. Po chwili jego ciężkie kroki rozlegają się na schodach. Wygląda fatalnie. Włosy zmierzwione, na policzkach zarost, pod oczami sińce. Nachyla się nad zlewem i nalewa wody do szklanki. Czuję jego kwaśny oddech. Odwracam głowę. Słyszę, jak pije łapczywie. Oczywiście na końcu rozlega się głośne beknięcie. Nigdy się nie oduczy. Najgorsze, że Michał naśladuje go we wszystkim, nawet w tym. Na szczęście teraz prowadzi gdzieś zaciekłe walki na pierwszej linii frontu. Czuję, że Dominik stoi za mną. Jego ręka zaczyna wędrować po moich pośladkach. W tym zamieszaniu zapomniałam się przebrać i mam na sobie krótką nocną koszulkę. Ręka Dominika przesuwa się wyżej. Kwaśny oddech pojawia się niebezpiecznie blisko mojej szyi. Zaciskam oczy i modlę się w duchu, żeby Ania się obudziła. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z tarasu dolatuje rozpaczliwy krzyk. Wyrywam się i biegnę do córki. Smoczek leży pod wózkiem, a Ania ćwiczy płuca i cierpliwość sąsiadów. Całuję ją z wdzięcznością i biorę do kuchni. Zabiera się za zupkę, a ja kończę ciasto na naleśniki.

Dominik wrócił na górę. Słyszę odgłosy jego obecności. Kiedy na talerzu ląduje czwarty naleśnik, schodzi na dół. Żąda kawy. Wchodzę w rolę pokojówki i bez słowa stawiam przed nim parujący kubek. Ania uśmiecha się radośnie do Dominika, ale on zdaje się nie zauważać gruchania córki. Jednym warknięciem zmusza mnie, żebym znalazła tabletkę przeciwbólową, co oczywiście robię. Nadal się nie odzywam, wiedząc, że w takim stanie jest wyjątkowo drażliwy. Jednak moje milczenie też go w końcu irytuje i zaczyna się znany mi dobrze ciąg przekleństw. Dowiaduję się, że jestem tępa, brzydka, gruba. Idiotka, debilka, tłumok… Kiedy otwiera usta, zgaduję, jakim epitetem obdarzy mnie tym razem. Mam wysoką skuteczność. W końcu 10 lat małżeństwa zobowiązuje. Matoł, szmata, pierdolona dziwka. Przewracam kolejny naleśnik i dziękuję bogu, że moja córka nie rozumie jeszcze słów, które jej tatuś wyrzuca z siebie z szybkością karabinu maszynowego. Przy pojebanej kurwie przerywa, ponieważ dzwoni telefon. Odbiera i z uśmiechem zaczyna opowiadać o wczorajszej imprezie. Domyślam się, ze dzwoni jego brat. W takim razie mam pół godziny na dokończenie obiadu.

Wychodzę na taras i wołam Michała. Oczywiście nie chce iść. Mówię, że są naleśniki. Zmienia zdanie i pędzi do domu, ile sił w nogach. Wpada do kuchni. Przypominam o myciu rąk, ale nie reaguje. Obiecuję podwójną porcję śmietany. Po chwili jest już z powrotem. Ręce pewnie tylko zamoczył, ale więcej nie ugram. Dominik nadal rozmawia przez telefon. Jest wyraźnie rozbawiony dowcipami opowiadanymi przez brata. Pochłania rosół i stertę naleśników. O ostatniego kłócą się z Michałem. Obiad kończą dwa beknięcia: duże i małe.

Michał wraca na podwórko, Dominik ląduje przed telewizorem, ja staję przed zlewozmywakiem. W końcu ktoś musi posprzątać tę stertę garów, która została po obiedzie. Dominik umył naczynia raz, kiedy wróciłam do domu po urodzeniu Michała.  Nigdy wcześniej ani później nie okazał mi tej łaski, nawet wtedy, kiedy miałam zapalenie płuc i leżałam w łóżku z czterdziestostopniową gorączką. Naczynia stały tak długo, aż znalazłam dość siły, żeby zwlec się na dół i umyć dziesiątki talerzy, talerzyków, kubków, szklanek, misek i garnków. Trwało to godzinami, bo co kilka minut siadałam na krześle, a kiedy skończyłam, musiałam doczołgać się do łóżka. Od tego czasu  trzymam w szafce zapas jednorazowych naczyń.

Ania znowu śpi, więc wystawiam wózek na werandę i proszę Dominika, żeby zerknął na nią od czasu do czasu. Wiem, że tego nie zrobi. Kocha dzieci, ale na zajmowanie się nimi nie znajduje czasu i chęci. Nie przewija, nie kąpie, nie karmi. Kilka razy zdarzyło mi się wyrwać do znajomych, ale telefonował poirytowany co kilka minut, więc wracałam do domu. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w szpitalu u mamy i wyłączyłam telefon, gorzko tego pożałowałam. Zastałam Dominika śpiącego po trzech piwach, zapłakaną Anię, której wylewało się z pieluszki i Michała oglądającego filmy tylko dla dorosłych. Wściekłam się i urządziłam awanturę. W odpowiedzi dostałam w twarz. Nie bolało tak bardzo, żeby żałować, ale na wszystko patrzyły dzieci. Rano były przeprosiny. Bez kwiatów, bo szkoda pieniędzy.

Idę na górę. Oczywiście, łóżko niepościelone. W całym pokoju panuje zaduch. Pot, piwo i brudne skarpetki tworzą znajomą mieszankę. Otwieram okno i zachłystuję się świeżym powietrzem. Przebieram pościel z poczuciem bezsensowności. Dominik poci się tak intensywnie, że jutro, najpóźniej pojutrze po świeżym zapachu płynu do płukania nie będzie śladu. Wnoszę na górę odkurzacz i doprowadzam do porządku sypialnię i pokoje dzieci. Właśnie zabieram się za łazienkę, kiedy dzwoni telefon. Mama zapowiada, że wpadną za godzinkę, wiec przyspieszam.

Przyglądam się krytycznie efektom swojej pracy. Nie jest to pewnie mistrzostwo świata, ale dom wrócił do normalnego stanu. Schodzę na dół, gdzie Ania ćwiczy swoje gruchania, a Dominik rozmawia przez telefon. Na mój widok oboje milkną. Na twarzy córki szybko rozkwita promienny uśmiech, mąż kończy połączenie. Wiem, z kim rozmawiał, ale kusi mnie, żeby zadać to pytanie. Jest zmieszany, jeszcze nie doszedł do perfekcji w ukrywaniu swoich romansów. A może ma po prostu wyrzuty sumienia… Rezygnuję z pytań. Nic nie osiągnę, drażniąc go i prowokując. Pytam, czy chce kawy, a kiedy potwierdza, idę do kuchni. Widzę samochód rodziców podjeżdżający pod dom. Dolewam wody do czajnika i wychodzę na zewnątrz. Michał pojawia się na ulicy i pędzi w kierunku dziadków. Po chwili wraca do kolegów ze słodkim prowiantem. A za dentystę zapłacę ja…

Mama wkracza do domu i od razu zaczyna inspekcję. Nie wypada najlepiej. Lustro ma zacieki, na stole plamka po soku, w pokoju gościnnym sterta prania. Moje tłumaczenie, że właśnie brałam się za prasowanie, nie wypada przekonująco. Zwłaszcza, że Dominik dołącza do narzekań mamy. Po raz kolejny słyszę, że jestem leniwą bałaganiarą. Mama patrzy na Dominika ze współczuciem i lekkim poczuciem winy. W końcu to ona powinna mnie była nauczyć porządku. Okazałam się jednak mało pojętną uczennicą. Żeby zatrzeć złe wrażenie i udobruchać zięcia, wyciąga z torby placek drożdżowy z wiśniami. Ulubione ciasto Dominika. Natychmiast rzuca się na nie i zaczyna wpychać do ust wielkie kawały. Nie czeka, aż ciasto znajdzie się na talerzu. Mama śmieje się, mile połechtana uwielbieniem zięcia dla jej kulinarnych talentów. Ja czuję falę obrzydzenia, kiedy patrzę na gliniastą masę wyłaniającą się spomiędzy zębów męża. Kawałki ciasta wypadają na stół. Na myśl, że będę musiała to posprzątać, czuję jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Dominik zbiera jednak wszystkie okruchy, połyka i całuje mamę w policzek. A potem proponuje kawę, którą oczywiście przygotowuję ja. Oni zasiadają wygodnie na werandzie. Mama bierze Anię na kolana. Jej uwielbienie dla wnuczki nie ma granic. Wchodzi tato, który zdążył już oglądnąć schody zrobione przez stolarzy w ubiegłym tygodniu. Generalnie jest zadowolony, choć dostrzegł kilka usterek i wymienia teraz uwagi z Dominikiem. Wiem, że poprawi to, co popsuła ekipa. W tym domu zrobił większość rzeczy, ale zdaję sobie sprawę, że gdyby kiedyś doszło do podziału majątku, Dominik nie weźmie tego pod uwagę.

Kiedy Dominik zabiera ojca, żeby obejrzeć silnik w samochodzie, mama zmienia ton. W jej głosie pojawia się wyrzut. Mówi, ze nie dbam o dom, o męża, o dzieci. Po raz kolejny przypomina mi, jakie mam szczęście, że wyszłam za Dominika. Nigdy nie miałabym tego pięknego domu, gdyby nie on. Czy ja już nie pamiętam, co to znaczy cisnąć się w małym mieszkanku na ponurym blokowisku? Pamiętam, mamo. Pamiętam swój pokoik o wymiarach klatki na króliki, w którym z trudem mieściły się dwie osoby. Pamiętam poranki spędzane pod drzwiami łazienki, w której zamykali się bracia, kłótnie rodziców, kiedy ojciec wracał pijany, zapachy z kuchni, rozchodzące się po całym mieszkaniu. Myślę o tym często, może nawet za często. Ta myśl paraliżuje każde moje działanie, nie pozwala przerwać zaklętego kręgu, w którym się znalazłam. Myśl o domu – symbolu mojego mitycznego szczęścia. Przesuwam ręką po stole. Jego gładka powierzchnia kontrastuje z szorstkością mojej skóry. Mam zniszczone dłonie. Patrzę na nie, jakbym widziała je pierwszy raz. Dlaczego są w takim stanie? Odpowiedź jest prosta. Bo ciągle staram się wywalczyć nimi szacunek rodziców, Dominika. Piorę, sprzątam, gotuję, zajmuję się dziećmi. A oni wciąż widzą tylko moje potknięcia, plamki na stole, mało wyrośnięte ciasto, pyłki kurzu w kącie pokoju. Dociera do mnie, że cokolwiek zrobię, nie zasłużę na ich szacunek. Nie narodzi się nagle, nie spadnie z nieba, nie pojawi się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zostanę dla nich na zawsze córką i żoną, która nie spełnia oczekiwań.

Rodzice zbierają się do wyjazdu. Całują Anię z serdecznością, jakiej ja nie pamiętam. Mama prosi, żebym przemyślała naszą rozmowę, a ja zastanawiam się, dlaczego ona nazywa to rozmową, skoro nie odezwałam się ani razu. Nie zamierzam myśleć o tym, co mi powiedziała, ale kiwam głową, żeby tylko już wyszli. Dominik chce się dowiedzieć, o czym rozmawiałyśmy, ale zbywam go machnięciem ręki. Właśnie zaczynają się „Wiadomości”, więc daje spokój. Wracam do kuchni i zaczynam szykować kolację. Ania z zadowoleniem przyjmuje miskę kaszki, którą stawiam przed nią. Niezdarnie pakuje sobie do ust łyżkę. Większość kolacji ląduje na jej ubranku, ale nie przejmuję się tym. Szczęście w jej oczach nie pozwala mi przerwać zabawy. Pozwalam córce pogrążyć się w jedzeniu – dosłownie. Szykuję drugą porcję. Tym razem karmię ją sama. Przez chwilę protestuje, ale głód zwycięża. Je ze smakiem.

Dominik z namaszczeniem celebruje swoje zwyczaje. Zasiada przed telewizorem z talerzem kanapek. O wspólnym posiłku przy stole nie ma mowy. Już dawno przestałam żałować, że tak rzadko jemy rodzinnie. Zazwyczaj zamienia się to w koszmar. Michał grzebie w talerzu i marudzi, Dominik krzyczy na niego, robi wymówki, że źle wychowuję dzieci. Nigdy nie pojął, że za to jesteśmy odpowiedzialni oboje. Rola ojca nie kończy się w dniu poczęcia, ale mój mąż tego nie zauważa. Za wszelkie sukcesy odpowiada on, porażki zostały w tej rodzinie przypisane mnie. Dawniej próbowałam tłumaczyć, uzgadniać stanowisko, ale szybko machnęłam ręką, ponieważ moje działania tylko nasilały konflikty. Zamiast wychowywać Michała, wrzeszczeliśmy na siebie w jego obecności. A właściwie Dominik wrzeszczał na mnie. W takich warunkach trudno było utrzymać autorytet.  Dominik obronił go ciężką ręką, ja nie miałam tej szansy. Dzisiaj płacę za nasze błędy wychowawcze. Michał mnie nie słucha. Mogę go kupić, inne argumenty nie wchodzą w grę. Dominik też nie ma dobrego kontaktu z synem. Jest w ich relacji strach, wspólny front przeciw mnie, ale czasem, gdy Dominik sięga po pas, w oczach Michała dostrzegam zalążki nienawiści. Wiele sobie obiecuję po wychowaniu Ani. Nie mogę drugi raz popełnić tych samych błędów, ale wiem, że będzie trudno. Ania jest oczkiem w głowie tatusia, co nie przekłada się wprawdzie na ilość wspólnie spędzonego czasu, ale… Odkąd pojawiła się na świecie, relacje na linii syn – ojciec bardzo się pogorszyły. Michał wie, że stracił pozycję na rzecz siostry i nie może się z tym pogodzić. Oczywiście odreagowuje na mnie.

Rzeczywistość brutalnie wdziera się do moich przemyśleń. Michał nie wrócił na kolację mimo umowy. Wychodzę przed dom i rozglądam się na wszystkie strony. Dostrzegam jego sylwetkę daleko na skrzyżowaniu. Idę w tamtą stronę, a kiedy jestem wystarczająco blisko, wołam go do domu. Początkowo udaje, że nie słyszy, ale traci argumenty, kiedy wszyscy koledzy przerywają zabawę i patrzą w moją stronę. Odwraca się niechętnie. Ma zbuntowany wyraz twarzy, burczy coś pod nosem, ale, o dziwo, rusza za mną. W domu nie jest już tak uległy, robi awanturę o mycie rąk. Nasze przepychanki przeszkadzają Dominikowi. Zaczyna wrzeszczeć. Michał potulnie wędruje do łazienki i zjada kolację, a później gna na górę pograć na komputerze.

Rozlega się dzwonek do drzwi. Modlę się, żeby to nie byli koledzy Dominika. Na szczęście okazuje się, że to sąsiadka. Oddaje stówkę, którą pożyczyła przedwczoraj. Czuję ulgę, bo na koniec tygodnia mąż dokładnie rozlicza mnie z pieniędzy. Sąsiadki nie lubi i nigdy nie zgodziłby się na pożyczkę. Zastanawiałam się, co zrobię, jeśli nie odda w terminie i jak wytłumaczę brak stu złotych. Na szczęście problem z głowy. Znowu zostajemy sami. Sprzątam po kolacji i szykuję Anię do snu. Zasypia szybko, więc mam czas dla siebie. Nie próbuję odrywać Dominika od telewizora. Wieczór spędzam sam na sam ze swoimi myślami. Po dniu pełnym pracy nie chce mi się czytać. Otwieram laptop i zabieram się za przeglądanie poczty. Wiadomość od Tomka. Mimowolnie odwracam głowę i nasłuchuję. Dominik nie zamierza porzucać telewizora, więc klikam i czytam. Mój mąż cierpi na obsesyjną zazdrość. Każda okazja jest dobra, żeby urządzić awanturę. Mam czyste sumienie, ale zaczęłam unikać sytuacji, prowokujących męża. Muszę przyznać, że czasem trudno je przewidzieć. Coś, co dla normalnie myślącego faceta byłoby błahostką, dla Dominika często staje się powodem ataku. Nawet moje zdjęcia z wakacji, na których miałam nieco odsłonięte ramiona, bo chciałam się opalić i zsunęłam lekko sukienkę. Rzucał nimi z furią po pokoju i darł się jak opętany. Tym razem byłam dziwką, kurwą i jebaną szmatą. Kiedyś kochaniem, słoneczkiem, kicią. Oczywiście Michał siedział w pokoju obok…

Tomek to gwóźdź do trumny, gdy chodzi o obsesyjną zazdrość mojego męża. Byliśmy parą przez dwa lata. Kochaliśmy się szaleńczo i planowaliśmy wspólną przyszłość. Straciłam głowę dla jego czarnych oczu i bujnej czupryny. Szybko się okazało, że nie ja jedna i po wspólnych planach nie pozostał nawet ślad. Rodzice odetchnęli z ulgą, bo przyszły zięć nie wydawał się solidnym kandydatem. Dawali to odczuć na każdym kroku, szczególnie, że Dominik już wtedy krążył wokół jak hiena. Wodziłam go za nos i nie wiązałam z nim żadnych planów. Do czasu… Jacek też znalazł sobie inną i ktoś musiał mnie pocieszyć. Padło na Dominika. Wtedy, trzeba przyznać, stanął na wysokości zadania. Jego czułe słówka skutecznie drążyły skałę, choć przed ślubem miałam atak paniki. Mama przekonywała, że to normalne, tato dzielnie ją wspierał. Często mimowolnie. Kiedy wracał pijany do domu i urządzał awantury, czułam, że muszę się wyprowadzić, bo inaczej się uduszę. O mieszkaniu bez ślubu nie mogło być mowy. Nasze bogobojne matki zniszczyłyby sobie reputację, a nam życie.

Tomek chce się spotkać. Normalnie odmówiłabym, ale karteczka znaleziona na werandzie zrobiła swoje. Zgadzam się. Spotkam się z Tomkiem za dwa dni. Zamierzam dobrze się bawić i wziąć wszystko, co przyniesie los. Nawet, jeśli to oznaczałoby, że mam gdzieś miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

Wyłączam komputer lekko trzęsącą się ręką. Zabijam wyrzuty sumienia, zanim zdążą się rozpanoszyć w mojej głowie. Z szerokim uśmiechem wchodzę do pokoju. Dominik śpi na sofie nieświadomy, że detektyw Monk rozwiązał właśnie kolejną zagadkę, a ja zrobiłam krok w kierunku, który obudził zapomniany dawno dreszcz oczekiwania. Gaszę telewizor i budzę Dominika. Mruczy coś pod nosem i idzie na górę. Po chwili słyszę jęknięcie sprężyny w łóżku. Oczywiście się nie umył, co oznacza kolejny poranek przesiąknięty smrodem jego spoconego ciała. Czekam, aż zaśnie głęboko.

Kiedy wchodzę do sypialni, słyszę jego chrapanie. Biorę koszulkę i wędruję do łazienki. Zrzucam ubranie i staję przed lustrem. Patrzę krytycznie na swoje odbicie. Zastanawiam się, co zobaczy Tomek po tylu latach. Sporo kilogramów więcej, zmarszczki, krótkie włosy. Tego obawiam się najbardziej, bo powtarzał zawsze, że je uwielbia. Nie jest super, ale też nie mogę  narzekać. On w końcu też się postarzał. A jak mu się nie spodoba, to niech mnie pocałuje w dupę. Aż tak mi nie zależy. Wchodzę pod prysznic. Uwielbiam ten moment. Czuję, jak spływa ze mnie całe napięcie. Długo tak stoję, ciesząc się, że Dominik śpi. Inaczej nie obyłoby się bez przypomnienia o rachunkach za gaz. Wreszcie wychodzę i wycieram się dokładnie. Jeszcze tylko balsam, krem i mogę się położyć. Wsuwam się pod kołdrę delikatnie. Dominik nadal śpi. Patrzę na jego plecy i myślę, że są stworzone do tego, żeby wbić w nie nóż…

4 myśli na temat “Smutna ballada o braku i nadmiarze”

  1. Znam kilka takich kobiet,uwiklanych mniej lub bardziej w takie bagienko.Nie maja wsparcia w rodzinie,w przyjaciolach….A potem fajne babki odsiaduja wyroki bo ,,zupa nie byla posolona,,

      1. Proste to jest tylko jak się czyta taka historię. Być jej częścią to zupełnie co innego. Smutne to i przerażające, ale ludzie tak żyją latami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *