Z dedykacją dla pracoholików

Gabriela wracała do domu niewyobrażalnie szczęśliwa. Przed godziną podpisała kontrakt, o który zabiegała od dwóch lat. W końcu się udało! A wszystko dzięki jej uporowi, żelaznej konsekwencji i umiejętności zachowania zimnej krwi. Kiedy po zakończeniu negocjacji zmierzała ku wyjściu, odprowadzana  pełnymi podziwu spojrzeniami pracowników, miała poczucie, że świat leży u jej stóp. Przeszła po nim bez cienia wątpliwości. Była królową i tej świadomości nie oddałaby za nic. Sukces wyzwolił adrenalinę, dzięki której nie czuła zmęczenia, choć tego dnia pracowała przecież bez przerwy przez trzynaście godzin. Było warto.  Jadąc do domu, kalkulowała zyski. Rachunek pamięciowy nie pozostawiał wątpliwości. Zarobi mnóstwo pieniędzy! Pod wpływem tej myśli nacisnęła pedał gazu, gwałtownie przyspieszając. Gdyby ktoś zapytał ją, co czuje, odpowiedziałaby, że jest w niej przyjemna mieszanka euforii, spełnienia, podniecenia, samozadowolenia i chęci działania. Eliksir sukcesu. Jego cudownego smaku pragnęła codziennie. Nie mogła się już doczekać powrotu do domu. Wyobrażała sobie, jak dumny będzie Karol, kiedy mu opowie o negocjacjach. W końcu taka żona jak ona, to niemal wygrana na loterii, prawdziwy skarb. Silna, zdecydowana, spełniona zawodowo, a na dodatek zadbana. Żadnych zmarszczek, cellulitu, grama nadwagi. Na samą myśl o tym, że mogłaby wyglądać jak większość koleżanek, robiło się jej niedobrze.

Parkując przed domem, pomyślała, że część pieniędzy z kontraktu przeznaczy na odnowienie elewacji. Może jeszcze zabierze rodzinę na wczasy w jakimś egzotycznym miejscu? Nie wyjeżdżali wspólnie od dawna. Nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio się to zdarzyło. Czasem myślała, że prawdziwe życie biegnie gdzieś daleko, po drugiej stronie okien jej gabinetu. Były takie chwile, kiedy miała ochotę wyjść, poczuć coś innego niż emocje związane z pracą, ale wiedziała, że nie może. Kim byłaby, gdyby nie praca i odnoszone w niej sukcesy? Nikim. Jedną z wielu kobiet żyjących byle jak, zwyczajnie, a przez to nieznośnie. Nie potrafiła, nie chciała tak żyć!

Gabriela zgasiła silnik. Jeszcze przez chwilę siedziała w samochodzie, przyglądając się budynkowi. Ich wymarzony dom, na który w znacznej mierze zapracowała. Imponujący, niezwykle okazały efekt dni poświęconych firmie. Każdy weekend ukradziony rodzinie, każde święta okrojone do minimum, każdy oddech córki, którego nie poczuła na policzku, miały tu swoją cegiełkę. Potrząsnęła głową, odtrącając złe myśli, które pojawiły się znienacka. Dzisiaj chce świętować! Nic jej tego nie zabierze, a już szczególnie idiotyczne wyrzuty sumienia. Dokonała wyboru dawno temu. Koniec, kropka.

Wreszcie wysiadła z samochodu. Zabrała szampana, którego kupiła na kolację i ruszyła w kierunku drzwi. Wchodząc do domu, poczuła burzę aromatów i uświadomiła sobie, jak bardzo jest głodna. Poszła w stronę kuchni, licząc, że zastanie tam męża i córkę. Jeszcze chwila i obwieści swój triumf, a potem zatonie w uściskach Karola i Kasi. Zjedzą kolację, zwieńczoną szampanem i będą szczęśliwą rodziną, rodem z reklamy.

Gabriela weszła do kuchni. Chciała coś krzyknąć znienacka, ale głos uwiązł jej w gardle. Stała przez dłuższą chwilę z otwartymi ustami, próbując zebrać myśli. Gdyby ktoś zobaczył ją w tej chwili, na pewno nie powiedziałby, że to kobieta, która przed chwilą miała świat u stóp. Długonoga blondynka w kusym t-shircie w końcu na nią spojrzała. Przestała mieszać w garnku i uśmiechnęła się do Gabrieli, którą zaskoczyła reakcja intruza. Spodziewała się raczej, że dziewczyna będzie wystraszona jej widokiem. „Jak mógł sprowadzić do domu kochankę, kiedy ja tyrałam jak wół?” – pomyślała Gabriela i w końcu odzyskała głos.

– Dzień dobry – powiedziała powoli, chcąc opanować gonitwę myśli, rozgrywającą się w jej głowie.

– Cześć – odpowiedziała blondynka, uśmiechając się jeszcze szerzej.

– Kim pani jest ?

Zamiast odpowiedzi usłyszała parsknięcie śmiechem. Dziewczyna odwróciła się w kierunku garnków i znowu zaczęła intensywnie mieszać. „Co jest, k…?” – pomyślała Gabriela. Podeszła do stołu i uderzyła ręką w blat. Blondynka drgnęła pod wpływem niespodziewanego hałasu. Odwróciła się ze zdziwieniem.

– Jeszcze raz pytam: kim pani jest?!

– Mamo, przestań się wygłupiać. Myj ręce, zaraz będzie kolacja. – Uśmiech znowu pojawił się na twarzy dziewczyny.

„Mamo?” – zdziwiła się Gabriela. Nie zdążyła tego przeanalizować, bo nieznajoma odezwała się znowu:

– Wcześnie dzisiaj wróciłaś.

Gabriela spojrzała na zegarek. Dwudziesta pierwsza. Wcześnie? Chciała coś powiedzieć, ale blondynka kontynuowała:

– Mam nadzieję, że jesteś głodna, bo zrobiłam strasznie dużo jedzenia. Nie chciało mi się siedzieć nad książkami, więc zaczęłam gotować. Nawet ciasto upiekłam.

Gabriela poczuła się nieswojo. Dziewczyna była bardzo zadomowiona w kuchni, poruszała się po niej bez zawahania. Musiała dobrze znać to pomieszczenie. Nie okazała konsternacji na widok Gabrieli, więc nie mogła być kochanką Karola. Gosposia? Gabriela nie mogła sobie przypomnieć, żeby przyjmowała kogoś do pomocy. Musiałaby zresztą zgłupieć, wpuszczając tak atrakcyjna dziewczynę pod swój dach. Więc kto to jest? Dlaczego mówi do niej „mamo”?

Jakby na zawołanie dziewczyna odezwała się ponownie:

– Mamo, będziesz jadła kolację na stojąco, czy w końcu zdejmiesz płaszcz i usiądziesz?

„To nie może być Kasia” – pomyślała Gabriela. Jej córka chodziła do podstawówki, nosiła aparat na zębach i zasypiała z pluszakiem.

– Kasiu, czy to ty?

– Nie, Czerwony Kapturek – odpowiedziała dziewczyna ze śmiechem.

Gabriela poczuła, że musi usiąść.

– Jeszcze dwie, trzy minuty i podam kolację – powiedziała dziewczyna w t-shircie. – Umyj ręce i zdejmij płaszcz.

– Nie czekamy na tatę?

Wciąż nie mogła uwierzyć, że kobieta krzątająca się po kuchni to Kasia. Od nadmiaru emocji Gabrieli kręciło się w głowie, dlatego dopiero po dłuższej chwili zwróciła uwagę na dziwny wyraz twarzy dziewczyny. „Co ja takiego powiedziałam?” – zastanowiła się – „Zapytałam tylko, czy nie zaczekamy na Karola. Co w tym dziwnego?”.

– Mamo, czy ty na pewno dobrze się czujesz?

– Tak. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy nie zaczekamy na tatę. Nie widzę w tym nic dziwnego.

– Przestań! – krzyknęła Kasia, podbiegając do matki.

W jej oczach pojawiły się łzy. Dopiero w tym momencie Gabriela zyskała pewność, że to jej córka. Z rozpaczą malującą się na twarzy młoda kobieta przypominała dziewczynkę, która codziennie rano błagała ją, żeby nie szła do pracy, dziecko, które musi zrozumieć, że na wakacje pojedzie tylko z ojcem i jedyną pierwszoklasistkę, której ze szkoły nigdy nie odebrała mama, choć kilka razy obiecywała.

– Kasiu, przestań płakać. O co chodzi?

– Mamo, nie udawaj, że nie zauważyłaś wyprowadzki taty. Przypominam ci, że nie mieszka z nami od dwóch lat i wkrótce znowu zostanie ojcem. Symulowanie amnezji nie pomoże. Do cholery, spójrz w końcu prawdzie w oczy! – ostatnie słowa Kasia wykrzyczała matce w twarz.

Kropelki śliny osiadły na policzkach Gabrieli niczym łzy. Chciała je zetrzeć, ale nie znalazła w sobie siły, żeby podnieść rękę. Próbowała oswoić się ze słowami wypowiedzianymi przez córkę. Karol odszedł. Dwa lata temu. Nie przyjmie tego do wiadomości. Nie chce! Nie zgadza się! Ma z nią dzisiaj świętować sukces! Nie będzie sama pić szampana! Nie mógł jej zostawić!

– Nie! – krzyknęła Gabriela, zrywając się z krzesła. – Nie zgadzam się!

– Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej. Teraz jest już za późno, mamo. Przez dwa lata udawałaś, że nic się nie stało, że cię to w ogóle nie obeszło. Na tyle skutecznie, że ci uwierzyłam. Nie było trudno, w końcu dla ciebie liczy się tylko praca. I twoje cholerne sukcesy. Sukces w pracy jest dobry na wszystko, co? Początkowo na niskie poczucie własnej wartości, chorobliwą ambicję, chęć aprobaty ze strony otoczenia, a później załatwia całą resztę: rozpadający się związek, brak przyjaciół, problemy z dzieckiem. Dla taty sukces widocznie nie był tak istotny, skoro związał się z kobietą, która pracuje osiem godzin i ani chwili dłużej. Jest zwykłą sekretarką. Ty, wielka pani prezes, porzucona dla jakieś kobiety, której jedyną ambicją jest parzenie kawy i przepisywanie dokumentów. Jesteś to w stanie znieść, kochana mamusiu? – zakończyła Kasia z cynicznym uśmiechem.

– Przestań – szepnęła Gabriela.

– Dlaczego? Nie możesz znieść prawdy? Nie martw się, podpiszesz kolejny kontrakt i zapomnisz o problemach. Tylko tego szampana, którego przyniosłaś, wypijesz sama. Rozumiem, że masz co świętować. Wybacz, ale ja nie mam ochoty opijać twoich zawodowych sukcesów. Za często z nimi przegrywałam. Pewnie pomyślisz, że jestem małostkowa i niewdzięczna, ale nienawidzę twojej pracy. – Kasia zamilkła na chwilę, jakby dawała Gabrieli czas na oswojenie się ze słowami, które wypowiedziała, a później znowu zaczęła mówić. – Dzięki niej dostałam zabawki, o których większość mogła tylko pomarzyć, świetne wykształcenie, zwiedziłam mnóstwo ciekawych miejsc, a mimo wszystko jej nienawidzę. Bo dzięki niej nie dostałam nic więcej. To był deal stulecia – dobra materialne za twój czas i uwagę. Gardzę sobą, że się na to zgodziłam. Powinnam była powiedzieć „nie”, ale zabrakło mi odwagi. Żeby nie zwariować, znienawidziłam twoją pracę, na którą zaczęłam zrzucać winę za wszystkie niepowodzenia. Nawet te, które nie miały z nią nic wspólnego. Właściwie powinnaś się cieszyć, bo inaczej musiałabym znienawidzić ciebie. I trzeba by było szukać kolejnego lukratywnego kontraktu, żeby sobie wynagrodzić posiadanie wyrodnej córki. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ci to w końcu powiedziałam. Wybacz, mamo, ale teraz muszę skończyć kolację – powiedziała Kasia, odchodząc w głąb kuchni.

Gabriela stała bez ruchu. Oddychała głęboko, próbując opanować łomot serca. Dałaby wszystko, żeby ktoś wyłączył przeraźliwy szum w uszach, który uniemożliwiał jej myślenie. Organizm wracał do normy bardzo powoli. Gabriela poczuła złość. Zarzuty córki dotknęły ją do żywego. Przecież zrobiła to wszystko dla rodziny! Nie da sobie wmówić, że jest inaczej. Gdyby nie jej ciężka praca, nie byłoby domu, wyjazdów zagranicznych, prywatnych szkół. Poczucie krzywdy niemal ją dusiło. To pewnie Karol nastawił Kasię przeciw niej. Przecież musiał jakoś wytłumaczyć swoje odejście. Znalazł sobie świetny pretekst. Gabriela poczuła przemożną chęć podzielenia się z kimś swoimi przemyśleniami. Potrzebowała potwierdzenia ich słuszności. Teraz, natychmiast. Musiała znowu poczuć się panią sytuacji. Postanowiła zadzwonić do matki. Czuła, że w niej znajdzie sojusznika. Mama była dumna z sukcesów Gabrieli, a przez to bardziej skłonna zrozumieć córkę. Nigdy nie lubiła Karola, uważała, że jest za mało ambitny. „Tak. To dobry pomysł” – pomyślała Gabriela.

– Zjem później – powiedziała. – Chcę zadzwonić do babci.

– Mamo, babcia zmarła pół roku temu – powiedziała Kasia tonem, którym tłumaczy się coś krnąbrnym dzieciom.

Gabriela poczuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Razem z czerwonym dywanem, który tak niedawno zaprowadził ją na szczyt. Miała rację, sądząc, że prawdziwe życie jest jednak po tej stronie okien gabinetu. Szkoda, że ta świadomość tak bolała.

2 myśli na temat “Z dedykacją dla pracoholików”

  1. Ta ślepa pogoń za pieniądzem jest przerażająca. Czy koszty mogą w ogóle być współmierne do zysków?

    Bardzo dobry tekst. Nieco przerysowany, ale to akurat zaleta.
    Pozdrawiam 🙂

    1. Jest przerażająca. Pytania o jej granice powinniśmy sobie zadawać codziennie. Dla własnego dobra. Pozdrawiam również. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *